niedziela, 16 października 2016

Trzeci

Madelyn co chwilę zatrzymywała się i odwracała głowę, żeby sprawdzić, czy Aaron i Cassandra podążają w szlak za nią. Nawet jej najlepsza przyjaciółka nie wiedziała o tym, że Maddie „bawi się” mieczem. Mad szła dumna, z podniesioną głową. Już niedługo mogła udowodnić, że to ona potrafi coś, czego nie potrafi prawie każde dziewczę w Królestwie.
Cassie mamrotała coś niezbyt miłego pod nosem. Aaron przysłuchiwał się wszystkiemu i w duchu przeraził się, gdyż gdyby Madelyn to wszystko słyszała, już nigdy nie wysłałaby Cassandry na drugi koniec ich „małego świata”.
Maddie przyspieszyła; szła sprężystym i szybkim krokiem, bo coraz bardziej zbliżali się do zamku. Uśmiechała się delikatnie na samą myśl, że udowodni swoje nowe umiejętności. Nuciła także jakąś skoczną melodię.
— No, już prawie jesteśmy — rzuciła wesoło Mad.
Zamek był coraz bliżej. Zbudowany ze starej, czerwonej cegły oraz otoczony głęboką fosą i lasem, „fort” przedstawiał się majestatycznie. Miał cztery wieże; każda z nich odpowiadała poszczególnemu kierunkowi kompasu. Na najwyższej z nich, północnej, powiewała flaga i jednocześnie herb hrabstwa Lecindaw. Jedyne ptaki, jakie można było zauważyć na prawie bezchmurnym niebie, szybowały wysoko nad zamkiem. W lesie obok Aaron dostrzegł hasające sarny; uśmiechnął się na samą myśl o nich.
Nagle Madelyn zboczyła z traktu. Kierowała się w stronę Południowego Lasu, najspokojniejszego zakątka w hrabstwie. Po pięciu minutach marszu zatrzymała się przed ogromnym, starym dębem. Oparła się o pień i czekała na resztę.
— To co, wchodzimy? — uśmiechnęła się promiennie i odwróciła.
Cassandra bystro wpatrywała się w gesty Madelyn. Próbowała jak najwięcej zapamiętać z tego „kodu”, który okazał się rytmicznym pukaniem w drzewo. Po wystukaniu Maddie szarpnęła za jedną z wystających niżej gałęzi. Uśmiechnęła się do siebie, po czym odsunęła się.
— Cassie, chodź, będziesz pierwsza — powiedziała głośno.
Nie wiedziała, co o tym myśleć. Nie miała nawet czasu na myślenie, gdyż ciało nie słuchało jej; nogi ruszyły w stronę drzewa. Cassandra była pewna, że za chwilę uderzy w twardą korę drzewa, jednak tak się nie stało.
Poczuła, jakby milion piórek łaskotało ją po skórze. Zaśmiała się cicho. Natychmiast przestała, gdyż zaczęło kręcić jej się w głowie. Ciepło zaczęło ogarniać jej brzuch, stopniowo rozchodziło się po całym ciele. Cassandra przymknęła oczy. Nagle zaczęło jej towarzyszyć uczucie spadania z wysokości.
Jej usta krzyczały. Krzyczała cała ona, wszystko wirowało. Usilnie próbowała złapać się czegokolwiek, jednak towarzyszyła jej pustka i ciągłe uczucie lęku. Gdzie ona mnie wysłała?!, myślała, lecz nie zdążyła wymyślić niczego. Poczuła stały grunt pod nogami.
Powoli otwierała oczy. Rozejrzała się dookoła; zobaczyła ten sam zamek, który nie raz ukazywał się w dworskich gazetach. Pachniało tu tą zimną, czerwoną skałą; był to zapach przyjemny, sam wciskający się w nozdrza. Ostrożnie zrobiła krok do przodu…
Za nią, dokładnie w tym miejscu, w którym jeszcze przed sekundą stała, pojawił się Aaron z uśmiechem na twarzy. Podrapał się po karku, po czym zagaił:
— No, co tam?
Cassandra zdążyła tylko otworzyć usta, ale szybko machnęła palcem, żeby nakazać Aaronowi przesunięcie się. Ten zrobił dziwną minę, ale przesunął się. Po chwili pojawiła się także Madelyn.
— Maddie… — zaczęła Cassie. — Co to miało być?
Madelyn przewróciła oczami.
— Portal — powiedziała, jednak kiedy zobaczyła niepojmujący wyraz na twarzach przyjaciół, wzruszyła ramionami i wyjaśniła: — Jeśli nie chcesz przechodzić głównymi drzwiami zamku, przechodzisz tędy. — Po krótkiej chwili, jakby sobie coś przypomniała, dodała: — Cassie, wrota do portalu reagują tylko na niektórych. Powodzenia w próbach — uśmiechnęła się i odwróciła.
— Dziewczyny, może już pójdziemy…? — zaczął cicho Aaron. — Nie chcę wrosnąć w posadzkę. Kamienie bolą, pamiętajcie.
Madelyn zdążyła zrobić już kilka kroków do przodu. Machnęła ręką ponaglająco, po czym szybko ruszyła. Cassandra westchnęła i szła za nią. Rozglądała się wokół siebie, co chwila mrugając, jakby nie wierzyła własnym oczom.
Ściany zdobił królewski szkarłat, wiszący w postaci gobelinów. W równych odstępach, co kilka obrazów, stały zbroje rycerskie, srebrne, wypolerowane tak, że można było się w nich przeglądać. Wielkie malowidła przedstawiały najprawdopodobniej rodzinę królewską; portrety mężczyzn i kobiet.
Cassandra szła po miękkim, perskim dywanie. Nie spodziewała się, że w zamkach można było znaleźć jakieś wykładziny na korytarzach. Sufit był wysoki; przepiękne, kryształowe żyrandole nadawały temu miejscu urok. Przy ścianach stało także dużo roślin, od małych drzewek po stojące na wysokich stojakach paprocie i bluszcze.
— Tutaj skręcamy! — uprzedziła Madelyn, po czym weszła przez drzwi do ogromnej sali.
Cieszyła się jak dziecko, kiedy zobaczyła te wszystkie miecze wiszące na ścianach. Kiedy zobaczyła swojego znajomego, który brał do ręki idealnie wyważoną broń, pomachała mu. Ten skinął tylko głową na przywitanie i zatrzasnął przyłbicę.
— Witajcie na sali treningowej Szkoły Rycerskiej hrabstwa Lecindaw — uśmiechnęła się szeroko i zachęcająco Madelyn.
Aaron wszedł niepewnie. Ściągnął łuk z pleców, po czym postawił go przy drzwiach, żeby mieć cały czas na niego oko. Przeszedł kilka kroków do przodu i zadarł głowę. Okręcił się wolno wokół własnej osi, żeby dokładnie obejrzeć wszystkie otaczające go „arcydzieła”. Uśmiechnął się na widok Cassandry, która już przeszła połowę długości okrągłej sali.
Nie był pewien, co oświetlało tę salę — nie dostrzegł żadnych żyrandoli. Poczuł dziwną pokusę, żeby zapytać tego rycerskiego czeladnika, ale powstrzymał się, gdyż zauważył podążające ku niemu Cassandrę i Madelyn.
Dopiero teraz zobaczył ciemne loki okalające ramiona Madelyn. Aaron, o czym ty myślisz?! Nadludzkim wysiłkiem odwrócił wzrok i udawał, ogląda miecze wiszące na ścianie.
— To może troszkę wam opowiem o tym miejscu, co? — zagaiła Maddie. — Wybudowano je sporo stuleci przed zamkiem. Pierwotnie nie miało tu go być, tylko szkoła rycerska, ale nasz król nieboszczyk Ursuli II chciał koniecznie mieć zamek w naszym hrabstwie i tak pod koniec czternastego wieku wybudowano zamek.
Aaron pokiwał głową w zamyśleniu. Zrobił krok do tyłu i zaczął się uśmiechać. W jego ciemnych oczach Cassandra zauważyła złowieszczy błysk.
— Madelyn, moja droga, pragnę zauważyć, że ty nie miałaś nam opowiadać bóg wie o czym, tylko pokazać swoją sztukę walki mieczem — powiedział chytrze, po czym założył ręce na klatce piersiowej.
Maddie westchnęła. Wzruszyła ramionami i podeszła do jednej ze zbroi i wyciągnęła miecz. Ten — zresztą jak wszystkie inne w tym zamku — był idealnie wyważony. Rękojeść nie była długa, co wskazywało, że był to miecz jednoręczny. Stanęła na środku sali i rzuciła głośno:
— Podejdź no, Arlekin. Muszę udowodnić przyjaciołom, że potrafię bawić się mieczem. — Po chwili dodała do samej siebie: — Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.
Arlekin — tak właśnie brzmiało jego imię — dumnie podszedł do Madelyn. Przerzucił miecz z jednej dłoni do drugiej, po czym rozpoczął „walkę” pchnięciem. Maddie sparowała cios. Po chwili opracowała taktykę: wypad, pchnięcie, cofnięcie, sparowanie. „Tańczyła” według schematu. Widać było, że sprawia jej to przyjemność; kolejne ciosy wydawała jakby od niechcenia, widząc, że Arlekin coraz bardziej się męczy. Zaczął coś mówić; chciał, żeby Madelyn skupiła się na jego słowach, nie na zadawanych ciosach. Maddie jednak znała tę sztuczkę, gdyż nie odezwała się i z jeszcze większą precyzją zadawała kolejne pchnięcia.
Za to Arlekin miał coraz większe problemy w walce. Nie dość, że mówił cokolwiek i przez to nie skupiał się na walce, to jeszcze brakowało mu sił na odepchnięcie kolejnych ciosów. Kiedy zamachnął się, żeby zadać cios, Madelyn szybko zrobiła krok w tył i bok, przez co Arlekin runął jak długi.
— Genialnie — usłyszeli za sobą. — Madelyn, jaka szkoda, że nie jesteś mężczyzną, bo miałabyś szansę na zostanie najlepszym rycerzem w kraju.


Naprawdę jest mi źle z tym, że po prostu nie chcę napisać rozdziału. Bałam się siąść do worda i coś napisać. To przez to to opóźnienie.
PS Nie wiem, skąd się biorą te przerwy między ostatnim wersem.



sobota, 15 października 2016

Krótkie, a może i długie zawieszenie

Nadal żyję, spokojnie ;)
Rozdział się pisze, w przyszłym tygodniu będzie na pewno — chociaż nie jestem pewna, czy we wtorek. XD Mam prawie stronę, ale obiecuję, że tę przerwę wynagrodzę późniejszymi rozdziałami — wiem, już co będzie w rozdziałach i wątpię, że będziecie się tu nudzić ;3
Pozdrowionka!

wtorek, 23 sierpnia 2016

Drugi


Cassandra niepewnym krokiem ruszyła w stronę domu Madelyn. Chciała przeprosić Maddie za jej wczorajsze zachowanie. Nie czuła skruchy; rozum i serce podpowiadały jej, jak należy uczynić.
— Kiedy się zgadzają, a nieczęsto to się zdarza, należy ich słuchać — wymamrotała, w myślach licząc kroki, które przebyła.
Dziesięć, jedenaście...
Stop. Ujrzała Madelyn siedzącą samotnie na ławce. Rozglądała się niecierpliwie wokół, lecz kiedy tylko zwróciła się w stronę Cassandry, spuściła wzrok. Nie miała ochoty jej widzieć. Szybko podniosła się i raźnym krokiem poszła do domu.
Cassandra tylko nerwowo westchnęła i oczami odprowadzała przyjaciółkę. Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Potrząsnęła gwałtownie głową, po czym odwróciła się. Poszła w przeciwnym kierunku niż Madelyn.
W miejscu, gdzie wiedziała, że nikt jej nie zobaczy, usiadła po turecku na trawie. Zrelaksowała się i zaczęła wyrzucać z siebie wszystkie myśli. Zaczęła od ostatniego wybuchu. Zastanowiła się jeszcze, dlaczego to zrobiła? Może dlatego że…
— Proszę, proszę, kogo my tu mamy? Medytującą dziewczynę? — usłyszała kpiący głos. — No, wstawaj, mamy sprawę do załatwienia.
Cassie poczuła, jak ktoś boleśnie chwyta ją za ramię. Syknęła cicho, jednak od razu się podniosła i zaciekawionym wzrokiem zaczęła wpatrywać się w obcego. Po chwili na jej twarz wpełzł chytry uśmieszek.
— Co się tak patrzysz?! — powiedział mężczyzna nerwowo zza zaciśniętych, białych zębów. Cassandra uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Po chwili uśmiech znikł z jej twarzy, bo brunet mocno ścisnął jej nadgarstek.
— Staram się zapamiętać twoją twarz — zaśmiała się kpiąco. — Może mi się kiedyś przyda. Puść, bo martwy chyba nikomu się nie przydasz?
Brunet usłyszał szczęk wyciąganej saksy. W tej samej chwili poczuł ucisk na klatce piersiowej i puścił Cassandrę. Ostrze powoli przemierzało odległość do jego gardła, kiedy…
— Dobra, odłóż ten tępy nożyk, dziewczynko, bo się skaleczysz — zakpił, jednak syknął, gdy nóż musnął delikatną skórę na szyi. — Pamiętaj, martwy się nikomu nie przydam.
Cass z satysfakcją obserwowała kwaśną minę obcego. Schowała broń z powrotem, po czym złapała bruneta za ramiona, boleśnie wbijając paznokcie w jego obojczyki. Uśmiechnęła się sztucznie, po czym zacisnęła zęby i wysyczała:
— Gadaj, coś ty za jeden, albo „tępy nożyk” naostrzy się twoimi kośćmi.
Na jego twarzy namalowało się zwątpienie i niepewność, natychmiast zastąpione lękiem. Cassandra nie wiedziała, że były to szczere uczucia. Odepchnęła go od siebie. Jej oczy przepełnione były złowrogimi błyskami. Brunet mimowolnie przełknął ślinę, po czym wyszeptał z goryczą:
— Aaron. Aaron Odważny.
— Chyba Aaron Głupi — mruknęła Cassie cicho, jednak na tyle głośno, żeby Aaron to usłyszał. — Przydomek mogłeś sobie darować — dodała, śmiejąc się w duchu.
Ten jednak nic sobie z tego nie zrobił. Usiadł na trawie, podobnie jak wcześniej Cassandra. Wziął kilka głębokich wdechów i wydechów, nawet zamknął oczy, zrelaksował się, a Cass się zaśmiała. Przed chwilą to właśnie Aaron kpił z niej przez „medytację”. Szturchnęła go stopą.
— Gadasz? Nożyk czeka, pamiętaj — powiedziała nieco znudzona.
Aaron wstał, zrobił kilka nerwowych kroków tam i z powrotem oraz klasnął w dłonie. Przez chwilę wpatrywał się w twarz Cassandry, po czym zrobił niewinną minę i zapytał ją, jak ma na imię. Zdobył się nawet na ten sam kpiący uśmiech, którym obdarzył Cassie na początku znajomości. W jego oczach dostrzegalne były błyski satysfakcji, jednak znikły od razu, kiedy Cass przedstawiła się bez żadnych ceregieli.
— Cassandra, przyjaciele („Ty się do nich nie zaliczasz”, dodała w myślach) mówią na mnie Cassie lub Cass. — Po czym zaśmiała się krótko, żeby oznajmić Aaronowi, że jemu nie wolno używać tych słów. Natychmiast spoważniała i gestem dłoni ponagliła towarzysza.
— W Królestwie źle się dzieje, musimy spotęgować armię specjalną — powiedział cicho, wpatrując się w swoje buty. — Ja… dostałem namiary na ciebie, Cassandro, i twoją koleżankę, Madelyn. Ty… Ty musisz być w naszej maksymalnie trzyosobowej załodze, bo świetnie władasz noż… bro… saksą i…
Cassandra mu przerwała, prychając.
— Nie podlizuj się — mruknęła, kiwając głową z dezaprobatą.
Aaron machnął ręką i zaczął opowiadać, jak to przejechał pół Królestwa na maleńkim kucyku, potem spotkał się z Madelyn, zaczął jej pochlebiać i…
— CO? — ryknęła Cassandra z niedowierzaniem. — Zaprosiłeś ją do karczmy? Jak ona mogła się zgodzić pójść z takim… czymś — powiedziała, palcem okrążając w powietrzu jego sylwetkę.
— Mój mały krępy konik bawi się z jej kotem, wspominała, że od ciebie? ƒ— zapytał, a raczej stwierdził Aaron. Cassandra pokiwała głową w zamyśleniu („Nareszcie ten kot ma się z kim bawić”), po czym ponownie ponagliła go gestem dłoni. — No… Jej jeszcze nie mówiłem, ale musi dowiedzieć się jak najwcześniej. Niedługo mamy pierwszą misję.
Cassandra popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i uśmiechnęła się słodko, sztucznie. Aaron podniósł ręce w geście niezrozumienia.
— A niby dlaczego to ty masz rządzić w tej armii? — zapytała, jednak uśmiech od razu zbiegł z jej twarzy.
Aaron w ułamku sekundy ściągnął łuk z ramienia. Wyciągnął jedną strzałę z kołczana i nałożył na cięciwę. Naciągnął ją. Kilka sekund zajęło mu wypatrywanie celu, jednak po chwili zauważył ruch w trawie daleko za Cassandrą. „Coś” szło ku niej w zastraszającym tempie. Delikatnie przechylił się w bok, po czym puścił cięciwę.
Strzała poszybowała w powietrzu. O włos minęła ramię Cassie, a ta w tym samym momencie wzdrygnęła się. Aaron uśmiechnął się z satysfakcją, kiedy strzała wbiła się prosto w gardło gada. Trawę poruszał już tylko lekki wiatr.
— Jeśli chciałeś udowodnić swoją umiejętność strzelając we mnie, popełniłeś wielki błąd — powiedziała Cassandra, z trudem zachowując panowanie nad głosem. — A zresztą, i tak mnie nie postrzeliłeś.
Aaron zaśmiał się krótko. Miał przewagę nad Cassie; miał bardziej wyostrzone zmysły słuchu i wzroku. Cass zrobiła jeszcze poważniejszą minę i odwróciła wzrok. W ich stronę szła Madelyn, powłócząc nogami. Maddie wydawało się, że widziała tylko Aarona.
Aaron zrozumiał, że coś się działo, gdy zauważył, że Cassandra wpatruje się za niego. Stopniowo się odwracał, a gdy zauważył, że ku niemu kroczy Madelyn, stanął i pomachał do niej ręką. Cassie nerwowo westchnęła. Już miała odejść, kiedy Aaron złapał ją za nadgarstek i pociągnął. Chcąc nie chcąc, Cassie stanęła obok Aarona.
Madelyn podejrzliwie spoglądała na Cassandrę. Kiedy wreszcie do nich podeszła, powiedziała krótko:
— Gadać, co się dzieje.
Cassandra nerwowo westchnęła. Przestąpiła z nogi na nogę, gdy zauważyła, że Aaron nadal nie puścił jej ręki. Delikatnie wyszarpnęła się z objęcia.
— Maddie, Cassandra się zgodziła. Czy ty także…? — zapytał Aaron z nadzieją.
Cassandra wyrzuciła ręce w powietrze i chciała powiedzieć, że na nic się nie godziła, jednak Aaron uciszył ją lekceważącym gestem dłoni. Cassie burknęła coś pod nosem i pozostała już zachmurzona.
Madelyn przygryzła wargę. Uśmiechnęła się delikatnie i pokiwała głową, jednak po chwili uśmiech zszedł z jej twarzy, kiedy zobaczyła, że z szyi Aarona cieknie strużka krwi. Wyciągnęła z kieszeni białą chusteczkę i wytarła.
Cassie przewróciła oczami, zdziwiona. Jeszcze nigdy Madelyn nie martwiła się w taki sposób o innych. Uśmiechnęła się jednak do siebie, kiedy zrozumiała, o co chodziło. Żeby przerwać tę jakże „romantyczną” sytuację, Cassandra udała oburzoną i zapytała:
— A dlaczego ja miałam mieć jakieś („idiotyczne”, dodała w myślach) testy, jeśli ONA swoją bialutką chusteczką wytrze krew z jakże ogromnej rany („Chcąc nie chcąc spowodowaną przeze mnie”)? — zapytała z sarkazmem.
Aaron dłonią wstrzymał Madelyn. Ta, zadowolona z siebie, uśmiechnęła się z satysfakcją do Cassandry i schowała chusteczkę z powrotem. Cassie wzruszyła ramionami.
— Słuszna uwaga, Cassandro — powiedział Aaron, po czym odwrócił się do Maddie. — No, co ty potrafisz? Na razie dowiodłaś tylko, że umiesz farbować chustki krwią. Łuk, nó… saksa czy coś innego?
Madelyn popatrzyła wokół. Kiedy nic nie zauważyła, wzięła głęboki wdech i na wydechu powiedziała:
— Miecz. Potrafię walczyć mieczem.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Pierwszy

Drzwi karczmy uchyliły się. Nikt nie zwrócił uwagi na drobną, smukłą dziewczynę, która niepostrzeżenie wchodziła do pomieszczenia. Usiadła przy jedynym pustym stole i patrzyła przed siebie. W międzyczasie zwróciła uwagę na ciemny wystrój lokalu; ściany zrobione zostały z ciemnego drewna, podobnie jak stoły. Kilka pojedynczych okien wpuszczało do karczmy nędzne promyki światła.
Madelyn wzdrygnęła się na dźwięk kolejnego okrzyku wygranej gry w koście. Nie spotkała się dotychczas z żadnym zajazdem, w którym byłaby cisza i święty spokój. Odwróciła wzrok w stronę, z której dochodziły krzyki. Zaczynała się bójka. Dziewczyna wstała i szybkim krokiem wyszła z lokalu.
Ruszyła wydeptaną drogą ku swojej chatce na skraju lasu. Wyglądała tak, jak inne, z jednym tylko wyjątkiem — w jej domku nie było stajni. Madelyn bała się koni od dzieciństwa. Nie miała ku temu powodów, ale lęk nigdy jej nie odstępował ani na krok. Nie podróżowała konno; od dziewiętnastu lat żyła w swoim malutkim Miasteczku.
— Nareszcie w domu — mruknęła, po czym przekroczyła próg.
Nowoczesny wystrój bardzo rozjaśniał pomieszczenie. Ściany były pomalowane na biało; Madelyn niedawno zarobiła na farbę i pozwoliła sobie pomalować wnętrze. Na malutkim stole stał bukiet świeżych, polnych kwiatów. W pierwszym pokoju mieściła się kuchnia z jadalnią, w drugim — sypialnia. Było jeszcze trzecie pomieszczenie: łazienka.
Maddie wzięła jeden z garnków i wyszła z domu. Nabrała wody ze studni i wlała trochę do naczynia. Po dziesięciu minutach w kominku rozpalony był ogień, a Madelyn zaczęła gotować prostą zupę. Kiedy już zjadła, wstała z ławy i przeniosła się na werandę. Usiadła na jednym z krzeseł i czekała.
Po chwili usłyszała kroki. Mogła to być tylko ta osoba, która jako jedyna ją odwiedzała. Właśnie wyłaniała się zza drzew. Madelyn jak zwykle zwróciła uwagę na jej włosy do ramion, sterczące, jakby były jakimś nieudanym gniazdem. Dziewczyna przyszła w dosyć prostej, bladoniebieskiej sukience, odkrywającej jedno ramię. Kiedy tylko zobaczyła Madelyn, wyraźnie rozpromieniała i rzuciła się biegiem w jej stronę.
— Mad, nareszcie się widzimy! — wykrzyknęła z euforią. Mocno uścisnęła Maddie, po czym chwyciła ją za ramiona i zapytała: — No, opowiadaj. Co robiłaś?
Madelyn prychnęła i odwróciła głowę w stronę lasu po prawej stronie chaty. Uśmiechnęła się kpiąco, po czym rzuciła:
— Co robiłam? Między innymi unikałam spotkania ze śmiercią, która czyha na mnie w każdym zakamarku. W karczmie Pod ogonem jednorożca jak zwykle nie przesiedziałam długo, więc postanowiłam stamtąd wyjść i wrócić do mojego kochanego, pustego domku. Nawet pies na mnie nie czeka, Cassandra. Ani nawet kot.
Cassie zrobiła niewinną minę. Madelyn nie zauważyła wcześniej, że za nią szedł średniej wielkości białego kota z rudymi uszami i ogonem. Usłyszała głośne miau.
— Co to? — zapytała podejrzliwie. — Kot…? Nie wzięłaś chyba ze sobą… — urwała, szukając w pamięci imienia zwierzątka Cassie, jednocześnie stając na palcach i zaglądając za plecy Cassandry.
— Nie, nie ma tutaj Puszka — zaśmiała się, szybko odwracając tułów i podnosząc zwierzę na ręce. Madelyn oczy otworzyły się szeroko ze zdumienia. — To Erei, brytyjska kotka krótkowłosa. Ma rok. Tak narzekasz, że brak ci towarzysza, to masz, babo, placek.
Wyciągnęła przed siebie ręce razem z kotem. Madelyn nie miała wyjścia, więc wzięła kota i przytuliła go do siebie. Ten od razu wyskoczył i pobiegł prosto do domu, przez uchylone drzwi. Lyn spojrzała na Cassie z wyrzutem.
— No co? Brytyjczycy nie lubią być noszeni na rękach — powiedziała, po czym tajemniczo dodała: — Nie wiedziałaś?
Maddie spiorunowała ją wzrokiem. Cassandra zrobiła dziwną minę i klasnęła w dłonie. Już otwierała usta, by coś wygłosić, ale przerwano jej.
— Cass, czym ja ją będę karmić, powiedz ty mi? — zapytała Madelyn cienkim głosem. — Nie mam karmy dla kotów.
Cassandra uśmiechnęła się szeroko. Wyjęła z torebeczki woreczek. Zamachała nim przed twarzą Maddie. Ta uniosła jedną brew.
— Czyli mam rozumieć, że się zgadzasz? — Madelyn przytaknęła głową. — W mieście jest sklep z karmą dla kur, prawda? Jak dla kur, to także dla innych zwierząt, więc dla kotów też. — Machnęła ręką, po czym dodała: — Ja muszę już iść. Wiesz, te rodzinne obiady i w ogóle… Ktoś musi pozmywać w restauracji — uśmiechnęła się blado.
Madelyn westchnęła i odprowadzała koleżankę wzrokiem, dopóki nie zniknęła za zakrętem, po czym odwróciła się i weszła do domu. Kotka już spała, więc żeby jej nie przeszkadzać, Maddie wślizgnęła się po cichu do pokoju i usiadła na łóżku.
Było już ciemno. Cassandra musiała przyjść, kiedy się ściemniało, chociaż obie tego nie zauważyły. Maddie spojrzała na zegar wodny. Musiało być po dwudziestej pierwszej, więc ściągnęła buty i zmieniła ubrania. Położyła się i zasnęła.

*

Miau!
Madelyn obudziła się z urywanym oddechem. Rozglądała się wokół, usłyszała jedynie drapanie pazurów w drzwi.
Kot…? Skąd niby?!, pomyślała. Po chwili przypomniała sobie całą sytuację ze wczoraj, wizytę Cassandry i danie Maddie kota. Pospiesznie wstała i poszła do kuchni. Wzięła jakąś miskę i nasypała trochę karmy. Kiedy przyglądała się, jak jej nowe zwierzątko je, pomyślała, żeby samej sobie coś przygotować. Usmażyła jajecznicę i boczek, do tego zrobiła sobie czarną herbatę; po chwili była najedzona i gotowa na rozpoczęcie nowego dnia.
Uśmiechnęła się w duchu, przyrzekając sobie, że dzisiaj zajmie się kotem. Madelyn przeszła na werandę, krok w krok za nią szła Erei. Od razu po tym, jak Maddie usiadła na drewnianym krześle, Erei wskoczyła na stół opierający się o ścianę i wpatrywała się w Lyn. Po chwili dziewczyna poczuła na sobie jej wzrok.
— Czego ty, kocie, chcesz?! — zapytała Madelyn, spoglądając na Erei. Ta szybko odwróciła głowę i patrzyła na las otaczający chatkę. Maddie pokręciła głową i westchnęła. — Chyba już kategorycznie oszalałam… Żeby gadać z kotem…? Bez przesady. — Machnęła ręką.
Kot popatrzył na Madelyn i po chwili zajął się myciem swojego biało-rudego futerka. Maddie wstała i weszła do domu. Podeszła do półki z kilkoma książkami i zrobiła krzywą minę. Każdą opowieść przeczytała już kilka razy, jednak postanowiła coś wybrać. Przeciągnęła palcem po grzbietach książek.

*

...i żyli długo i szczęśliwie.
Madelyn zamknęła książkę z trzaskiem. Przez chwilę patrzyła tępo przed siebie, jednak po kilku oddechach odłożyła wolumin na stół.
— Ach, gdyby życie też się tak kończyło… — westchnęła, po czym powoli wstała. Podrapała kota pod brodą i dodała: — Erei, za chwilę wrócę… Kurka, gadam do kota.
Maddie postanowiła przejść się do Miasteczka. Zarzuciła na ramiona jakiś sweterek, po czym szybkim krokiem skierowała się ku ścieżce, która jako jedyna pozwalała jej przejść do jednej z większych wsi. Madelyn musiała kupić coś do jedzenia.
Po dziesięciu minutach była na miejscu. Usłyszała krzyki dzieci, które beztrosko bawiły się na zielonych połaciach otaczających Miasteczko. Unikała innych ludzi, którzy przechodzili przez wąską drogę. Kiedy wreszcie weszła do jednego ze sklepów, zrobiła zakupy i ruszyła do karczmy Pod ogonem jednorożca. Uśmiechnęła się szeroko, kiedy tylko ujrzała Cassandrę siedzącą przy jednym ze stołów i popijającą czerwoną herbatę. Madelyn podeszła i usiadła na niskiej ławie stojącej obok stołu.
— Lyn! Skąd ty się tu wzięłaś, powiedz ty mi? Miałaś się zajmować swoim nowym kotem! — dodała ściszonym głosem.
Madelyn tylko przewróciła oczami i wzięła głęboki wdech. Zostawiła kota samego, Cassandra nie mówiła nic na ten temat. Erei miała od wczoraj dobry dom, czemuż miałaby uciec?
— Kotka siedzi w domu. — Zanim jej przerwano, Mad powoli dodała: — Cassie, nic nie wspominałaś o zostawianiu jej samej w domu.
Cassandra zrobiła krzywą minę i wzięła duży łyk herbaty. Uśmiechnęła się krzywo i wysyczała:
— Sądziłam, że nie będziesz aż taka głupia, żeby zostawiać kota samego w domu, ale cóż, myliłam się.
Madelyn przechyliła głowę na bok i badawczo wpatrywała się w Cassie. Wreszcie uśmiechnęła się i powiedziała z uśmiechem:
— Zdecydowanie musisz odstawić te swoje ziółka. Źle na ciebie działają.
Cassandra uderzyła zaciśniętą pięścią w stół i wstała. Powiedziała tylko krótkie: Wychodzę i skryła się w mroku lokalu. Madelyn głośno westchnęła i zawołała oberżystę. Ten po chwili przyszedł z napojem, który zawsze piła w tej karczmie; gorącą i parującą kawą.
— Zapamiętałeś — powiedziała z uśmiechem. — Dziękuję bardzo. Koleżanka nie dopiła herbaty i bez powodu wyszła. Przepraszam za nią.
Nie minęło kilka minut, a Maddie kończyła pić kawę. Po chwili spokojnym krokiem wyszła z lokalu i postanowiła chwilę odpocząć od swojego domku i od Miasteczka. Wybrała się nad rzekę, jedyne miejsce, gdzie nie było widać cywilizacji; chyba że licząc mostek czy od czasu do czasu idących ludzi.
Madelyn oparła się o poręcz mostu. Wdychała świeże powietrze, słuchając plusków ryb pływających w rzece. Nagle słuch jej się wyostrzył. Odwróciła głowę o kilka stopni, ale zobaczyła tylko jakiegoś człowieka. Nie zwracała już więcej na niego uwagi, tylko odprężyła się i wpatrywała dalej w błękitną toń wody.
— Cześć! Co się stało? — zagadał chłopak, opierając się o poręcz mostu.
Madelyn prychnęła. Nie miała siły opowiadać co się działo, a zwłaszcza człowiekowi, którego poznała przed sekundą.
Gwałtownie się odwróciła. Wiatr rozwiał jej włosy, a Maddie przygładziła je tylko ręką. Spojrzała kpiąco na nowo poznanego. Miał włosy w kolorze orzechów, a oczy zielone.
— Kpisz sobie? — zapytała, jednak po chwili się rozchmurzyła.
Chłopak wziął głęboki wdech i przedstawił się.
— Aaron — podał jej rękę.
Udało mu się złamać pierwsze lody, pomyślała Maddie.
— Madelyn. Czemu tu podszedłeś? — zapytała, zmagając się z rozwianymi włosami.
Aaron zaśmiał się tylko i rzucił krótko:
— Chodź, opowiesz mi o swoich zmartwieniach.


wtorek, 2 sierpnia 2016

Prolog

Cisza.
Siedziała samotnie w izbie, czytając notatki. Już niedługo miała wybić godzina, która zmieniłaby wszystko. Jednak dziewczyna nadal za bardzo się bała. Za bardzo, żeby przezwyciężyć cierpienie i ciągłe fale mdłości, które wciąż towarzyszyły jej po akcji. Nic nie było takie samo. Nic już nie mogła naprawić. Została jedynie cisza.
Czekała na to, co miało się stać. Spoglądała na zegar wodny, który przeszkadzał jej podczas obcowania z pojedynczymi karteczkami. Już dawno zamierzała przelać pismo na papier książkowy, wydać i pochwalić się wszystkim, co udało jej się osiągnąć.
Jednak była zastraszana. Nie dała rady, ale spróbowała.

To był jej największy błąd.

środa, 27 lipca 2016

Ahoj, piraci!

Dzień dobry, nazywam się...
A, mniejsza o to.
Jestem Cavaletti, możecie mnie kojarzyć z Areny, gdzie nadal publikuję :) 
Rozdziały tutaj publikowane będą co dwa tygodnie we wtorki, ale już niedługo zapraszam do bocznej kolumny.
Zamawiam już szablon, także, no, niedługo zacznę. Prologiem zostanie drabble, bo chciałam, żeby to wypadło bardziej oryginalnie... i będzie drabble >:< Pozdrawiam!

Obserwatorzy

27.07.2016 r. — otwarcie

Powieść high fantasy.

Rozdziały co dwa tygodnie we wtorek.

KONTAKT: arena.caballo@interia.pl

Szablon