wtorek, 9 sierpnia 2016

Pierwszy

Drzwi karczmy uchyliły się. Nikt nie zwrócił uwagi na drobną, smukłą dziewczynę, która niepostrzeżenie wchodziła do pomieszczenia. Usiadła przy jedynym pustym stole i patrzyła przed siebie. W międzyczasie zwróciła uwagę na ciemny wystrój lokalu; ściany zrobione zostały z ciemnego drewna, podobnie jak stoły. Kilka pojedynczych okien wpuszczało do karczmy nędzne promyki światła.
Madelyn wzdrygnęła się na dźwięk kolejnego okrzyku wygranej gry w koście. Nie spotkała się dotychczas z żadnym zajazdem, w którym byłaby cisza i święty spokój. Odwróciła wzrok w stronę, z której dochodziły krzyki. Zaczynała się bójka. Dziewczyna wstała i szybkim krokiem wyszła z lokalu.
Ruszyła wydeptaną drogą ku swojej chatce na skraju lasu. Wyglądała tak, jak inne, z jednym tylko wyjątkiem — w jej domku nie było stajni. Madelyn bała się koni od dzieciństwa. Nie miała ku temu powodów, ale lęk nigdy jej nie odstępował ani na krok. Nie podróżowała konno; od dziewiętnastu lat żyła w swoim malutkim Miasteczku.
— Nareszcie w domu — mruknęła, po czym przekroczyła próg.
Nowoczesny wystrój bardzo rozjaśniał pomieszczenie. Ściany były pomalowane na biało; Madelyn niedawno zarobiła na farbę i pozwoliła sobie pomalować wnętrze. Na malutkim stole stał bukiet świeżych, polnych kwiatów. W pierwszym pokoju mieściła się kuchnia z jadalnią, w drugim — sypialnia. Było jeszcze trzecie pomieszczenie: łazienka.
Maddie wzięła jeden z garnków i wyszła z domu. Nabrała wody ze studni i wlała trochę do naczynia. Po dziesięciu minutach w kominku rozpalony był ogień, a Madelyn zaczęła gotować prostą zupę. Kiedy już zjadła, wstała z ławy i przeniosła się na werandę. Usiadła na jednym z krzeseł i czekała.
Po chwili usłyszała kroki. Mogła to być tylko ta osoba, która jako jedyna ją odwiedzała. Właśnie wyłaniała się zza drzew. Madelyn jak zwykle zwróciła uwagę na jej włosy do ramion, sterczące, jakby były jakimś nieudanym gniazdem. Dziewczyna przyszła w dosyć prostej, bladoniebieskiej sukience, odkrywającej jedno ramię. Kiedy tylko zobaczyła Madelyn, wyraźnie rozpromieniała i rzuciła się biegiem w jej stronę.
— Mad, nareszcie się widzimy! — wykrzyknęła z euforią. Mocno uścisnęła Maddie, po czym chwyciła ją za ramiona i zapytała: — No, opowiadaj. Co robiłaś?
Madelyn prychnęła i odwróciła głowę w stronę lasu po prawej stronie chaty. Uśmiechnęła się kpiąco, po czym rzuciła:
— Co robiłam? Między innymi unikałam spotkania ze śmiercią, która czyha na mnie w każdym zakamarku. W karczmie Pod ogonem jednorożca jak zwykle nie przesiedziałam długo, więc postanowiłam stamtąd wyjść i wrócić do mojego kochanego, pustego domku. Nawet pies na mnie nie czeka, Cassandra. Ani nawet kot.
Cassie zrobiła niewinną minę. Madelyn nie zauważyła wcześniej, że za nią szedł średniej wielkości białego kota z rudymi uszami i ogonem. Usłyszała głośne miau.
— Co to? — zapytała podejrzliwie. — Kot…? Nie wzięłaś chyba ze sobą… — urwała, szukając w pamięci imienia zwierzątka Cassie, jednocześnie stając na palcach i zaglądając za plecy Cassandry.
— Nie, nie ma tutaj Puszka — zaśmiała się, szybko odwracając tułów i podnosząc zwierzę na ręce. Madelyn oczy otworzyły się szeroko ze zdumienia. — To Erei, brytyjska kotka krótkowłosa. Ma rok. Tak narzekasz, że brak ci towarzysza, to masz, babo, placek.
Wyciągnęła przed siebie ręce razem z kotem. Madelyn nie miała wyjścia, więc wzięła kota i przytuliła go do siebie. Ten od razu wyskoczył i pobiegł prosto do domu, przez uchylone drzwi. Lyn spojrzała na Cassie z wyrzutem.
— No co? Brytyjczycy nie lubią być noszeni na rękach — powiedziała, po czym tajemniczo dodała: — Nie wiedziałaś?
Maddie spiorunowała ją wzrokiem. Cassandra zrobiła dziwną minę i klasnęła w dłonie. Już otwierała usta, by coś wygłosić, ale przerwano jej.
— Cass, czym ja ją będę karmić, powiedz ty mi? — zapytała Madelyn cienkim głosem. — Nie mam karmy dla kotów.
Cassandra uśmiechnęła się szeroko. Wyjęła z torebeczki woreczek. Zamachała nim przed twarzą Maddie. Ta uniosła jedną brew.
— Czyli mam rozumieć, że się zgadzasz? — Madelyn przytaknęła głową. — W mieście jest sklep z karmą dla kur, prawda? Jak dla kur, to także dla innych zwierząt, więc dla kotów też. — Machnęła ręką, po czym dodała: — Ja muszę już iść. Wiesz, te rodzinne obiady i w ogóle… Ktoś musi pozmywać w restauracji — uśmiechnęła się blado.
Madelyn westchnęła i odprowadzała koleżankę wzrokiem, dopóki nie zniknęła za zakrętem, po czym odwróciła się i weszła do domu. Kotka już spała, więc żeby jej nie przeszkadzać, Maddie wślizgnęła się po cichu do pokoju i usiadła na łóżku.
Było już ciemno. Cassandra musiała przyjść, kiedy się ściemniało, chociaż obie tego nie zauważyły. Maddie spojrzała na zegar wodny. Musiało być po dwudziestej pierwszej, więc ściągnęła buty i zmieniła ubrania. Położyła się i zasnęła.

*

Miau!
Madelyn obudziła się z urywanym oddechem. Rozglądała się wokół, usłyszała jedynie drapanie pazurów w drzwi.
Kot…? Skąd niby?!, pomyślała. Po chwili przypomniała sobie całą sytuację ze wczoraj, wizytę Cassandry i danie Maddie kota. Pospiesznie wstała i poszła do kuchni. Wzięła jakąś miskę i nasypała trochę karmy. Kiedy przyglądała się, jak jej nowe zwierzątko je, pomyślała, żeby samej sobie coś przygotować. Usmażyła jajecznicę i boczek, do tego zrobiła sobie czarną herbatę; po chwili była najedzona i gotowa na rozpoczęcie nowego dnia.
Uśmiechnęła się w duchu, przyrzekając sobie, że dzisiaj zajmie się kotem. Madelyn przeszła na werandę, krok w krok za nią szła Erei. Od razu po tym, jak Maddie usiadła na drewnianym krześle, Erei wskoczyła na stół opierający się o ścianę i wpatrywała się w Lyn. Po chwili dziewczyna poczuła na sobie jej wzrok.
— Czego ty, kocie, chcesz?! — zapytała Madelyn, spoglądając na Erei. Ta szybko odwróciła głowę i patrzyła na las otaczający chatkę. Maddie pokręciła głową i westchnęła. — Chyba już kategorycznie oszalałam… Żeby gadać z kotem…? Bez przesady. — Machnęła ręką.
Kot popatrzył na Madelyn i po chwili zajął się myciem swojego biało-rudego futerka. Maddie wstała i weszła do domu. Podeszła do półki z kilkoma książkami i zrobiła krzywą minę. Każdą opowieść przeczytała już kilka razy, jednak postanowiła coś wybrać. Przeciągnęła palcem po grzbietach książek.

*

...i żyli długo i szczęśliwie.
Madelyn zamknęła książkę z trzaskiem. Przez chwilę patrzyła tępo przed siebie, jednak po kilku oddechach odłożyła wolumin na stół.
— Ach, gdyby życie też się tak kończyło… — westchnęła, po czym powoli wstała. Podrapała kota pod brodą i dodała: — Erei, za chwilę wrócę… Kurka, gadam do kota.
Maddie postanowiła przejść się do Miasteczka. Zarzuciła na ramiona jakiś sweterek, po czym szybkim krokiem skierowała się ku ścieżce, która jako jedyna pozwalała jej przejść do jednej z większych wsi. Madelyn musiała kupić coś do jedzenia.
Po dziesięciu minutach była na miejscu. Usłyszała krzyki dzieci, które beztrosko bawiły się na zielonych połaciach otaczających Miasteczko. Unikała innych ludzi, którzy przechodzili przez wąską drogę. Kiedy wreszcie weszła do jednego ze sklepów, zrobiła zakupy i ruszyła do karczmy Pod ogonem jednorożca. Uśmiechnęła się szeroko, kiedy tylko ujrzała Cassandrę siedzącą przy jednym ze stołów i popijającą czerwoną herbatę. Madelyn podeszła i usiadła na niskiej ławie stojącej obok stołu.
— Lyn! Skąd ty się tu wzięłaś, powiedz ty mi? Miałaś się zajmować swoim nowym kotem! — dodała ściszonym głosem.
Madelyn tylko przewróciła oczami i wzięła głęboki wdech. Zostawiła kota samego, Cassandra nie mówiła nic na ten temat. Erei miała od wczoraj dobry dom, czemuż miałaby uciec?
— Kotka siedzi w domu. — Zanim jej przerwano, Mad powoli dodała: — Cassie, nic nie wspominałaś o zostawianiu jej samej w domu.
Cassandra zrobiła krzywą minę i wzięła duży łyk herbaty. Uśmiechnęła się krzywo i wysyczała:
— Sądziłam, że nie będziesz aż taka głupia, żeby zostawiać kota samego w domu, ale cóż, myliłam się.
Madelyn przechyliła głowę na bok i badawczo wpatrywała się w Cassie. Wreszcie uśmiechnęła się i powiedziała z uśmiechem:
— Zdecydowanie musisz odstawić te swoje ziółka. Źle na ciebie działają.
Cassandra uderzyła zaciśniętą pięścią w stół i wstała. Powiedziała tylko krótkie: Wychodzę i skryła się w mroku lokalu. Madelyn głośno westchnęła i zawołała oberżystę. Ten po chwili przyszedł z napojem, który zawsze piła w tej karczmie; gorącą i parującą kawą.
— Zapamiętałeś — powiedziała z uśmiechem. — Dziękuję bardzo. Koleżanka nie dopiła herbaty i bez powodu wyszła. Przepraszam za nią.
Nie minęło kilka minut, a Maddie kończyła pić kawę. Po chwili spokojnym krokiem wyszła z lokalu i postanowiła chwilę odpocząć od swojego domku i od Miasteczka. Wybrała się nad rzekę, jedyne miejsce, gdzie nie było widać cywilizacji; chyba że licząc mostek czy od czasu do czasu idących ludzi.
Madelyn oparła się o poręcz mostu. Wdychała świeże powietrze, słuchając plusków ryb pływających w rzece. Nagle słuch jej się wyostrzył. Odwróciła głowę o kilka stopni, ale zobaczyła tylko jakiegoś człowieka. Nie zwracała już więcej na niego uwagi, tylko odprężyła się i wpatrywała dalej w błękitną toń wody.
— Cześć! Co się stało? — zagadał chłopak, opierając się o poręcz mostu.
Madelyn prychnęła. Nie miała siły opowiadać co się działo, a zwłaszcza człowiekowi, którego poznała przed sekundą.
Gwałtownie się odwróciła. Wiatr rozwiał jej włosy, a Maddie przygładziła je tylko ręką. Spojrzała kpiąco na nowo poznanego. Miał włosy w kolorze orzechów, a oczy zielone.
— Kpisz sobie? — zapytała, jednak po chwili się rozchmurzyła.
Chłopak wziął głęboki wdech i przedstawił się.
— Aaron — podał jej rękę.
Udało mu się złamać pierwsze lody, pomyślała Maddie.
— Madelyn. Czemu tu podszedłeś? — zapytała, zmagając się z rozwianymi włosami.
Aaron zaśmiał się tylko i rzucił krótko:
— Chodź, opowiesz mi o swoich zmartwieniach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

27.07.2016 r. — otwarcie

Powieść high fantasy.

Rozdziały co dwa tygodnie we wtorek.

KONTAKT: arena.caballo@interia.pl

Szablon